nie mogliśmy wymarzyć go sobie piękniej. słodki bufet był w weselnych planach od samego początku. nie jest żadna tajemnicą, że mam słabość do ładnych rzeczy. do tych, które można zjeść również. a więc miało być kolorowo, z owocami, z czekoladą, miały być makaroniki, mini tarty i cała reszta małych słodkich porcji. z pomocą przyszła przezdolna cukierniczka. a wszystko nie dość, że było pyszne, to jeszcze spójne kolorystycznie (róż, biel i czerń) z całym naszym ślubem. nie muszę chyba mówić, że słodkie kalorie znikały w oka mgnieniu?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą asieja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą asieja. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 11 lipca 2016
wtorek, 14 czerwca 2016
ministerstwo głupich min jest nasze!
co roku powtarzam sobie, że w moim wieku, to już może nie powinnam hucznie świętować urodzin. że bez tortu się obejdzie. że wcale nikt nie musi odśpiewać głośnego 'sto lat' żeby ten dzień zaliczyć do udanych. ale później i tak okazuje się, że za mocno lubię robić rabarbarową lemoniadę, piec cytrynową tartę, kroić sałatkę, robić kanapki i oklejać imionami kubeczki. okazuje się też, że zbyt mocno lubię hałas rozmów przyjaciół w naszym domu. a urodziny to jednak fajny pretekst żeby robić to co się lubi!
czwartek, 9 czerwca 2016
czerwiec z dziewiątką w tytule
jest co najmniej kilkanaście powodów, które sprawiają, że chcę lubić ten czerwiec. za Miłość u schyłku wiosny, za urodziny, za przyjaciół, z którymi można się głośno śmiać. za arbuzową, rabarbarową i cytrynową lemoniadę. za truskawki, groszek, fasolkę szparagową, morele i młode ziemniaki z koperkiem. za nieplanowane wycieczki na koniec świata, lepkie od miodu palce i zapach wplątany we włosy. za planowanie poślubnych podróży (albo chociaż jednej), za bose stopy na rozgrzanym piasku i popołudnia nad morzem, za te same piosenki słuchane po raz setny. za otwarte okno w dzień i w nocy i pokoje pełne świeżego powietrza, różowe trampki w rozmiarze 35,5. za lody o smaku ananasa i ogórka albo prosecco z leśnymi owocami i miętą. głośno śpiewane piosenki w aucie na trasie Elbląg - Gdynia, wspólne powroty do domu. za zmarznięte dłonie chowane w Jego dłoniach, za wianki z polnych kwiatów i słoiki pełne piwonii w kolorze pudrowego różu. za nieprzyzwoicie jaskrawe kolory lakieru na paznokciach, papierowe zdjęcia z polaroida. za hipsterskie knajpy i burgery i banalną pomidorową w domu. za pikniki z koszykiem na trawie, niewyspane poranki z kawą w pościeli. za układanie urodzinowego menu i marzenia o najpiękniejszym torcie. za spacery po ulubionym nadmorskim mieście (w środku dnia i w środku nocy), nieprzeczytane książki i nieprzesłuchane jeszcze płyty, które czekają na półce. za oglądanie po raz setny ślubnych zdjęć. za słonce, które budzi lepiej niż każdy najgłośniejszy budzik. za piegi, których będzie coraz więcej. za niespodzianki.
poniedziałek, 30 maja 2016
cholera, ale przecież ja nie lubię wesel!
zaczynam pisać siódmy raz, bo jak tu mówić o najbardziej osobistych rzeczach, o okruszkach szczęścia i tego co najbliższe, gdy nigdy wcześniej nie potrafiłam układać tu swojej prywatności. były tylko jakieś pogubione skrawki dobrych i złych wydarzeń. ale po blogowym małym powrocie (małym, bo wciąż mnie tu niewiele) i po zmianie profilu bloga z kulinariów na 'wszystko', mam ochotę na jeszcze więcej codzienności. i żeby było przewrotnie (jak zwykle!) zaczynam od czegoś totalnie niecodziennego. bo to był jedyny taki dzień i wiem, że podobne uczucia i emocje nie będą już buszowały w mojej głowie, w moim brzuchu, no i co tu dużo mówić - w moim sercu.
piątek, 27 maja 2016
o nadmiarze szczęścia nie ma mowy
ten maj miał potencjał do bycia najpiękniejszym. nawet mimo 3 antybiotyków i kolejnych dni odliczania pod tytułem: nareszcie wrócę do pracy. ten maj był najpiękniejszy, chociaż się jeszcze nie skończył. i nawet jeśli dziś mam kiepski humor, boli mnie brzuch, idzie burza i zdenerwowałam się na panią w przychodni - to to był najpiękniejszy maj.
kategoria:
asieja,
ciasto,
kwiaty,
miłość,
nie całkiem na temat,
słodki bufet,
słodko,
ślub,
ślub na głowie,
wesele
wtorek, 26 kwietnia 2016
kropki niedługo zostaną połączone
robię tiulowe pompony, po raz setny przeglądam zdjęcia ślubnych dekoracji, między jednym a drugim opakowaniem antybiotyku zastanawiam się czy aby na pewno wystarczy mi czasu i sił. i czy jak będzie te kilkanaście dni dalej, to będę stresować się równie mało jak przed maturą, czy może jednak trochę bardziej. i nie wiem czy ostatnio jeszcze bardziej polubiłam prostotę, czy kolor pudrowego różu, ale wiem na pewno, że hasło: ślub na głowie zyskuje nowego znaczenia, a życie to jednak bywa przewrotne.czwartek, 18 lutego 2016
o co chodzi z nową nazwą?

i po co mi to wszystko?
po 7 latach blogowania zaczęła mnie uwierać stara nazwa. mocno. a zmiany są podobno potrzebne. dzisiaj zaczynam jako Asieja (ci co mnie znają dobrze wiedzą, że nie od dziś używam tej nazwy w kwestii bloga). będzie tak jak dawniej - z całym tym pakietem morskich spacerów, zjedzonych kawałków pizzy z salami i mascarpone, rozmów, śmiechów, łez, kubków kawy, gorzkiej herbaty, słodkich słów, zapisanych receptur, wszystkiego. ale zostawiam sobie trochę więcej przestrzeni na coś innego niż tylko zbiór przepisów i zdjęć ciast i ciasteczek.
środa, 6 sierpnia 2014
mamy lato, wolno nam więcej!
możemy pozwolić sobie na bezkarnie długie spacery, ja i cztery łapy szczęścia - małe i wredne, ale tak kochane, że idzie wybaczyć nawet pobudki o 5 nad ranem. czasem nawet udaje się pospać do 9, gdy akurat nie trzeba iść do pracy. a czasem nawet jeśli trzeba - i tak siedzi się z najlepszymi na świecie przyjaciółmi na plaży tak długo aż będzie środek nocy.
poniedziałek, 7 lipca 2014
przyjemne i przyjemne
wpadłam w wir niedoskonałych telefonicznych obrazków. przyjemności często nie mają u boku aparatu, ale mają komórkę, która te chwile złapie. ostatnie miesiące do lubienia, kolorowe.
od lewej do prawej: leniwy poniedziałek z psiołapką / mój pierwszy opener i wymarzony nocny koncert Lykke Li / Ani zapach truskawek / niedzielny kawowy Sopot / agrest, kwaśne porzeczki, kruche ciasto i gwiazdki / wege burger na mieście / enjoy the little things / nietoperek jeszcze taka mała/ piknik w środku miasta
poniedziałek, 9 czerwca 2014
dziewczyna z makiem. albo z truskawkami.
czerwień na dziewiąty dzień czerwca. słodka, intensywna, jak szczęście, które chce się kilogramami upychać do kieszeni przyciasnych granatowych jeansów. truskawki i mak, soczyście zielona trawa i słońce co rumieni poliki i maluje piegowate kropki na nosie. co roku (2013, 2012, 2011, 2010) powtarzam, że lubię tą wiosenno letnią połowę roku. czasem bywa trudna i przytłaczająca, innym razem napakowana uśmiechem i beztroską. tym razem trochę niepewna, zmartwiona i senna, z niedoborem żelaza i bezinteresownego dobra. ale jest, wyczekany dziewiąty, który dla mnie zawsze coś znaczy, choć nigdy nie był powodem do podsumowań i wyliczeń. zamiast tego wybieram podwójną porcję lodów pistacjowych w najlepszej lodziarni w mieście, dzisiaj mogę!
wtorek, 13 sierpnia 2013
trójmiejska solniczka i najpiękniejszy piknik z deszczem i bez
przez ostatni tydzień potykałam się o kartony rozstawione po całym pokoju, zapisywałam listę rzeczy koniecznie do zrobienia, czekałam na kuriera, planowałam, knułam, układałam. bałagan był równie wielki jak radość na nadchodzący weekend. i jak na złość - 10 sierpnia padał deszcz, choć na wszelkie możliwe sposoby próbowałam go zaklinać, by nie spadł. była panika, była pochmurna mina na buzi - idealnie pasująca do chmurnego nieba. wszystko po to, by po dwóch godzinach być już w gdańskiej kawiarni Pies i Róża i w pośpiechu ustawiać stoliki i doniczki ziół na parapecie.
środa, 5 czerwca 2013
najlepsze lody jadłam w..
gdy dzień zaczyna się o 4:07 wyrywającym z łóżka budzikiem, a sen trwał niewiele ponad trzy godziny, to tylko bilet w portfelu i perspektywa pięknego dnia jest w stanie sprawić, że jeszcze w drodze do kuchni po kawę łapię uśmiech, zostawiam zmęczenie pod puchową poduchą i idę w stronę peronu. czekam, jadę, mrużę oczy, prawie się nie gubię, jestem.
środa, 12 grudnia 2012
czekoladowe trufle i okularnica w radiu
sypnęło wczoraj cukrem pudrem z nieba. fioletowe rękawiczki to już jakby za mało na przytulający się do skóry mróz. okulary na nosie skutecznie chronią przed śniegiem spadającym na długie rzęsy. przyznaję się w sekrecie - mam straszliwą słabość do ludzi w okularach. ale miało być o tym, że...
wczoraj był jeden z najmilszych dni mojego słodkiego blogowania. gdańskie radio: 3 mikrofony, 1 kubek herbaty (gdy niosłam go z jednego pomieszczenia do studia nagrań miałam w głowie tylko jedno: Asia, nie zrób katastrofy.. nie rozlej, na zalej mikrofonów, nie zakrztuś się, nie daj po sobie poznać, że bywasz okrutną niezdarą - to akurat i tak się wydało przy okazji przytoczenia przez prowadzącą pierwszego zdania z mojego ostatniego piernikowego wpisu), 1 tekturowe pudełko przewiązane szarym sznurkiem, 3 osoby, które o jedzeniu mogłyby mówić chyba długo i dłużej. w pudełku kilkanaście czekoladowych trufli. do próbowania, smakowania, przyjemności. chyba trochę plątały mi się słowa, ale podsumowując: naprawdę strasznie fajne rzeczy mi się czasem przytrafiają. ta zima musi być do lubienia.
wczoraj był jeden z najmilszych dni mojego słodkiego blogowania. gdańskie radio: 3 mikrofony, 1 kubek herbaty (gdy niosłam go z jednego pomieszczenia do studia nagrań miałam w głowie tylko jedno: Asia, nie zrób katastrofy.. nie rozlej, na zalej mikrofonów, nie zakrztuś się, nie daj po sobie poznać, że bywasz okrutną niezdarą - to akurat i tak się wydało przy okazji przytoczenia przez prowadzącą pierwszego zdania z mojego ostatniego piernikowego wpisu), 1 tekturowe pudełko przewiązane szarym sznurkiem, 3 osoby, które o jedzeniu mogłyby mówić chyba długo i dłużej. w pudełku kilkanaście czekoladowych trufli. do próbowania, smakowania, przyjemności. chyba trochę plątały mi się słowa, ale podsumowując: naprawdę strasznie fajne rzeczy mi się czasem przytrafiają. ta zima musi być do lubienia.
środa, 3 października 2012
ciastko z marzeń i (nie)małe zamieszanie z BFG
Gdańsk i Elbląg, Elbląg i Gdańsk. tu piszę, układam zgrabne litery w koślawe słowa. zbieram obrazki do pudełka pamięci, a czasem do pudełka mojego cyfrowego aparatu. zapamiętuję albo zapominam. tyle kolorów, aby namalować z nich najładniejszą codzienność. piszę o poranku znad kubka kawy. lub wieczorami mrużąc oczy ze zmęczenia. o kwaśnych jabłkach albo o słodkich ciastkach. o emocjach. odrobina wrażliwości oprószona cynamonem. w mieście, które sobie kiedyś wymarzyłam i w tym, które jest moje od zawsze.
poniedziałek, 9 stycznia 2012
dawno, dawno temu..
przy cieple ulatującej z czajnika pary, przy zapachu kawy ze szczyptą cukru, przy oknie z widokiem na piaskownicę i huśtawki.. pewien ktoś (i to byłam Ja) pomyślał, że chciałby aby słowa były z kolorami i żeby jeszcze było słodko. i tak już od 3 lat chowam tu moje radości, moje smutki, niezadowolenia, uśmiechy, frustracje, małe szczęścia, wszystko to co towarzyszy mi na co dzień i co jest najbardziej niezwykłe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



