środa, 16 maja 2018

Gård Nordic Kitchen

nie wiem jak wiele jest jeszcze pięknych miejsc do odkrycia, jak dużo smaków do spróbowania i dobrych momentów przy drewnianym stole, ale wiem, że właśnie znalazłam jeden z nich. bardzo niedaleko i z widokiem na morze. chce się tu wyglądać za okno w słoneczny dzień, ale też schować przed deszczem w ten chmurny i chłodny. taki właśnie był ten nasz - burzowy i szary, ale rozjaśniony przez piękne wnętrze w skandynawskim minimalistycznym stylu, pyszne jedzenie i przytulny klimat. czekając na swoje danie, ma się tu ochotę obejrzeć każdy obrazek na ścianie pełnej kolorowych ramek, ukradkiem zajrzeć do otwartej kuchni albo wyglądać na statki za oknem - pod tym względem to chyba najładniejsza restauracja, w jakiej zdarzyło mi się ostatnio być.

znajdziecie tu kuchnię skandynawską, co czyni to miejsce naprawdę wyjątkowym. co w niej takiego niezwykłego? sól. to ona jest tu głównym nośnikiem smaku. proste, prawda? a na talerzach ta prostota naprawdę się broni. w karcie ryby i owoce morza, ale też mięsa - filet z bażanta, comber jagnięcy, steki czy klasyczny mięsny burger. to co nas jeszcze urzekło, to bardzo profesjonalna obsługa. nienachalna, ale dbająca o klienta, z uśmiechem, z wiedzą o daniach i ciekawymi propozycjami tego co możemy znaleźć na talerzach. a jeśli z gośćmi wita się sam szef kuchni, to już naprawdę duże wyróżnienie. jak widać nie tylko kuchnia jest tu otwarta, ale jej szef (Przemysław Woźny) również, brawo! Gård przywitał nas naprawdę miło i dalej mogło być tylko lepiej.

wtorek, 15 maja 2018

#bwcoffee, czyli black and white po raz drugi

tutaj przychodzi się po szczęście. może być w filiżance, dzbanku, w szklance, papierowym kubku, na talerzu, w dobrym słowie albo uśmiechu. można je dostać w zestawie i oddzielnie, na miejscu i na wynos, można je też dowolnie łączyć. i można je tu znaleźć bez względu na pogodę, porę roku i poziom kofeiny we krwi. to miejsce, które się pokocha od pierwszej wypitej kawy i kawałka zjedzonego ciasta. a ta energia i pasja, którą emanują właściciele jest absolutnie nie do podrobienia i chce się ją zabierać garściami, chować po kieszeniach, a na drugi dzień znowu wracać. ja wracam (nie codziennie rzecz jasna, ale słowo daję, że chciałabym!) i za każdym razem jest tak samo - tak samo dobrze. może być szybka latte, kiedy jeden łyk dopijam pchając wózek i czekając na zielone światło przy przejściu dla pieszych. może być niespieszna niedziela i aeropress z kawałkiem sernika matcha. może być długi spacer z końca miasta, z finałem na cappuccino z sercem na mlecznej pianie.  może być siostrzany poranek w słońcu, z espresso tonic w dłoni i ciastem napakowanym po brzegi ciemną czekoladą. wszystko może być, wszystko co kawowe, prawdziwe i pyszne. i niech was skusi widok tych słodkich kawałków, bo towarzyszem kubków kawy są naprawdę wyjątkowym. czuć w nich szczyptę miłości. w końcu ta kawiarnia to dzieło dwójki zakochanych w sobie osób, więc nie mogło być inaczej! wiecie, że w środku są tylko trzy stoliki i kilka miejsc przy wysokim stole przy oknie? a klienci czekają już przed otwarciem tupiąc niecierpliwie nóżką i podglądając przez szybę jakie dziś ciasta w witrynie. a ta  witryna pustoszeje szybciej niż można by się tego spodziewać, chociaż ja się wcale nie dziwię, bo Basia tworzy najprawdziwsze cuda. ale nawet jeśli zdarzy wam się tu trafić i zabraknie już słodkich kawałków, to zawsze jest kawa i serdeczny uśmiech, który znajdziecie już od progu i który zostanie na waszej buzi nawet, gdy już zobaczycie dno pustej filiżanki po kawie. słowo daję! jest najpiękniej!

na naszych talerzach i w kubkach:
sernik z marakują i białą czekoladą - GENIALNY!
wegański biszkopt jaglano owsiany z owocami - jeśli podobnie jak ja kochacie smak kaszy jaglanej, macie słabość do czekolady i malin, to zakochacie się też w tym cieście
sernik z herbatą matcha i truskawkami
espresso tonic z pomarańczą i sorbetem z toniku - to jest kolejne kawowe uzależnienie, choć zupełnie niepozorne! spróbowaliśmy go dzięki Basi, bo sami pewnie byśmy go nie wybrali, a do końca dnia chodziliśmy powtarzając, że to naprawdę genialne połączenie kawy, sorbetu i pomarańczy
aeropress z nutą cytrynową (etiopia konga sedie)
i kawa z aeropressu rwanda bushoki (jeśli będziecie polegać na bariście, co polecam i ja i napisy widoczne w kawiarnii - to to idealny duet do ciasta z truskawką, bo podobno ma w sobie nutę czereśni)

czwartek, 10 maja 2018

neon streetfood bar

w Gdyni niedawno zaświecił nowy Neon, a ja słowo daję, że nie spodziewałam się takich kolorów! są pastelowe stoliki (ach ten róż!), intensywne czerwone lampy i ciemno zielone ściany. na środku stanęła barowa budka niczym z azjatyckich ulic. w rogu otwarta kuchnia z widokiem - super jest podglądać kulisy powstawania tego co wyląduje na naszych talerzach! a te talerze to też niezły szanghaj z melaminy. jeśli mówią o sobie, że są Azją na Abrahama, to mają rację! karta jest dość krótka i nieskomplikowana. w przystawkach znajdziecie kimchi z jabłkami, imbirem i prażonym sezamem (pycha!), orzeszki, chipsy krewetkowe i słodko-kwaśne ogórki. koniecznie trzeba tu spróbować miękkich bułek BAO gotowanych na parze, z różnymi dodatkami - ta na naszym talerzu to grillowany kurczak, marchewka, glazura sojowa i dymka, ale jest też wersja z karkówką, boczkiem i tofu. dalej - wok i grill. jest kurczak, żeberka, wołowina w bbq, a nawet kalmar. no i tajski rosół, który z pewnością zamówimy następnym razem, bo aromat musi mieć ekstra! z napojów spróbowaliśmy pysznej tajskiej herbaty na zimno i pomarańczowej lemoniady, ale do wyboru jest świetna karta drinków bezalko i klasycznych alkoholowych. jeśli będziecie w Neonie, koniecznie spróbujcie tej herbaty, jest super! do deserów nie dotarliśmy, zupełnie nie wiem dlaczego, ale to oznacza, że musimy tam niedługo wrócić. nie trzeba się nawet długo zastanawiać czym zasłodzić swoje kubki smakowe, bo do wyboru są dwie pozycje - cytrusowa wata cukrowa i bananowy milk shake. biorę oba!

jeśli lubicie swobodny klimat kulinarnych miejsc, ciekawe wnętrze i jeszcze ciekawsze smaki - to miejsce dla Was. na pierwsze spotkanie z kuchnią azjatycką będzie w sam raz, na każde kolejne też!

mi samej było trochę szkoda, że Główna Osobowa, która wcześniej znajdowała się w tym miejscu, zniknęła z kulinarnej gdyńskiej mapy, ale teraz myślę, że ten azjatycki rebranding wyjdzie wszystkim na dobre. nam klientom, bo takiej Azji na talerzach daleko szukać. twórcom baru, bo to na pewno coś niezwykłego móc tworzyć na nowo miejsce, do którego klienci aż lgną. i co ważne, ceny też są tutaj typowo uliczne, czyli można schować drobne do kieszeni i ruszać do Szanghaju, znaczy do Neonu. dodatkową zachętą niech będzie to, że szef kuchni jest świeżo upieczonym finalistą TOP CHEFA, a barman z trzeciego zdjęcia do wszystkich się tak serdecznie uśmiecha!

poniedziałek, 7 maja 2018

cup and cakes

wiecie jak wygląda pasja? jak najpiękniejsza filiżanka cappuccino i uśmiech od progu. pasja zawsze się obroni, bo wraz z nią idzie dobra energia, pyszna kawa i domowe ciasto. jeśli zamarzy Wam się kiedyś sernik mango z kubkiem kawy u boku, to koniecznie zajrzyjcie do tej klimatycznej gdyńskiej kawiarni. miłości do kofeiny znajdziecie tu mnóstwo - już od progu wita nas wymowne podłogowe 'coffee', które jest zapowiedzią dobrze spędzonego czasu. a dalej jest tylko lepiej - beton na ścianie, drewniane stoliki, żarówki zwisające z sufitu, leśne plakaty, kolorowe krzesła, witryna pełna ciast (znajdziecie tam też zdrowe koktajle i desery) i kawowe królestwo na blacie. to jedno z tych miejsc, do których z przyjemnością się wraca - co zresztą zobaczycie na zdjęciach, bo w ciągu ostatniego miesiąca wędrowaliśmy tam kilka razy. Cup and cakes znajdziecie w centrum miasta, ale na jednej z bocznych uliczek, co moim zdaniem jest jej dużą zaletą - traficie tam jeśli naprawdę jesteście poszukiwaczami wyjątkowych miejsc i równie wyjątkowych smaków.

niedziela, 6 maja 2018

AïOLI inspired by Gdańsk

gdańskie Aioli właśnie rozpoczęło majowy sezon w ogródku zapraszając do wspólnego stołu z widokiem na chmury. o zieloną wiosenną oprawę kwiatową zadbała Flora Muzyka, chodnikowe printy namalowali studenci ASP, a strefę dziecięcą przygotował Trefl, w tle przygrywała też muzyka dj. nas najbardziej interesowało oczywiście jedzenie. co prawda okazaliśmy się strasznymi zmarźluchami i po pierwszym daniu przenieśliśmy się do środka, ale mam nadzieję, że to był tylko początek przesiadywania na świeżym powietrzu i w ogródku Aioli jeszcze nie raz zagościmy tego lata. jako pierwsza propozycja na stole pojawiły się burgery - z dorszem, tofu i wołowiną, do tego lemoniada i prosecco. mój burger z dorszem był pyszny i solidnie napakowany sałatą, dużym kawałkiem ryby i sosem. ale idziemy dalej - w środku było cieplej, choć wizualnie to oba miejsca są bardzo przyjemne. nowoczesne wnętrze lokalu zapełniają drewniane stoliki, cegła na ścianach i dodające klimatu obrazy, wielkie słoje suszonych pomidorów i kaparów, ładnie tam! dwa lata temu odwiedziliśmy warszawskie Aioli i strasznie fajnie, że mamy też gdańską wersję tej popularnej miejscówki. w tygodniu zjecie tam śniadanie za 1 zł zamawiając dowolną kawę, a w weekendy do każdego śniadania kawa jest za 1 gr. musicie się jednak przygotować na kolejki, bo chętnych na te pyszności nie brakuje. my trafiliśmy tam w porze popołudniowej, mieliśmy więc do wyboru dania obiadowe. na mój talerz trafił łosoś z krewetkami i szpinakiem, podany z frytkami. w słoiku lemoniada malinowo - lawendowa. porcja ryby była naprawdę duża i smaczna, na pewno chętnie wrócę spróbować tu innych dań! Aioli podąża za jedzeniowymi trendami i jest jedną z tych modnych miejscówek, w których warto być. w karcie znajdziecie burgery, flat bread, tapasy, steki i ryby z owocami morza. na śniadanie zjecie tu popularne ostatnio coco bowl, szakszukę czy maślaną chałkę z konfiturami i mam nadzieję, że to właśnie śniadaniowych pozycji spróbuję tu najszybciej! chociaż wieczorna opcja z kolorowymi drinkami i pizzą też brzmi super!

piątek, 4 maja 2018

restaurant week: fedde

to już ostatni kawałek trójmiejskiej wiosennej edycji Restaurant Week. chyba nie będzie przesady w powiedzeniu, że to jeden z najfajniejszych kulinarnych festiwali, a na pewno mój ulubiony. smaków, które można w czasie jego trwania spróbować nie da się zliczyć. cała Polska, kilkadziesiąt restauracji, jeszcze więcej pysznych talerzy, przystawek, dań głównych i deserów. gdyńskie Fedde to nasz ostatni przystanek, już na sam koniec wpadła do naszej skrzynki nagroda od RoślinnieJemy, a ponieważ wygraliśmy ją dzięki tatarowi z pomidorów z poprzedniej edycji, którego spróbowaliśmy właśnie w tym miejscu, to postanowiliśmy tu wrócić.

Fedde ma świetną lokalizację w samym centrum Gdyni, bo przecież kto nie kojarzyłby ulicy Świętojańskiej? wnętrze przyciąga designerskimi kawałkami betonu, marmurowych stolików, turkusu i drewna. no i te lampy! jesienne talerze znajdziecie tu, a wiosna to zupełnie nowa kulinarna podróż.

przystawka
tapioka/ bergamotka/ miso/ wakame
terina z ośmiornicy/ rukiew wodna/ piklowana szalotka
przystawki niestety nie podbiły naszych kubków smakowych, ale myślę, że to bardzo indywidualna kwestia, bo były dość wyraziste i co tu dużo mówić - oryginalne! ośmiornica była w porządku, dobrze smakowała z cytrynowym sosem, ale nie jest to danie, które zjedlibyśmy ponownie. tapioka w takim wydaniu to zdecydowanie nie nasze smaki. ale bardzo doceniamy za pomysł przystawek, bo trzeba przyznać, że nie są oczywiste i na pewno znajdą kulinarnych fanów.

danie główne
malfatti z tofu/ sos pomidorowy/ ziołowa pangratatta
polędwiczka wieprzowa/ kawior z pstrąga/ maślane pure/ pikle
wege wersja obiadu ciekawiła mnie najbardziej. malfatti brzmią co nieco tajemniczo, ale to po prostu kulki ze szpinaku i tofu, trochę przypominają kluski, są naprawdę smaczne, koniecznie z tym pomidorowym sosem. na talerzu mięsnym polędwiczka, ziemniaczane puree i pikle, klasyka, ale jednak zaskakującej formie - zwłaszcza wizualnie.

deser
zielony pudding z chia/ avocado
sernik new york/ słony karmel/ orzechy pecan
mój mąż na koniec festiwalu powiedział, że w tej edycji desery zdecydowanie wygrywają i chyba miał w tym odrobinę racji. sernik był przepyszny, a karmel, w którym został podany przypominał domowe krówki jedzone w dzieciństwie. w zdrowszej wersji słodkości ziarenka chia w formie puddingu z kiwi i awokado. totalnie różne, oba bardzo smaczne!

lubimy kuchnie Fedde i to piękne wnętrze i z czystym sercem możemy Wam polecić to miejsce!

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

restaurant week: dancing anchor

mam taką listę kulinarnych miejsc, które chciałabym odwiedzić i która stale się zapełnia. na samej górze zapisałam gdański Dancing Anchor, zawsze jednak brakowało mi okazji na trójmiejską wycieczkę i obiad w tym pięknym wnętrzu - bo to właśnie ono przyciągnęło mnie najbardziej. z ciekawością wypatruję nowych zdjęć na profilu restauracji i nowych pięknych kawałków i dań. okazja znalazła się jednak sama - festiwal Restaurant Week. słoneczne niedzielne popołudnie to zawsze dobry moment na spotkanie przy stole i tak też zrobiliśmy. czy było warto? bardzo. czy jeszcze kiedyś tam wrócimy? o tym na końcu.

Dancing Anchor znajduje się w gdańskim hotelu PURO, który sam w sobie jest wyjątkowo pięknie zaaranżowany. chwilami zastanawiam się czy mieszkanie w Trójmieście dyskwalifikuje mnie z wynajęcia hotelowego pokoju chociaż na jedną dobę, bo w takim pięknym wnętrzu chętnie przyłożyłabym głowę do poduszki :)) wracając jednak do restauracji - jest bardzo przestronna i klimatyczna, pełna świateł, obrazów, pięknych krzeseł, zasłon, z otwartą kuchnią. raj dla estety, który lubi spędzać czas w designerskich, przemyślanych wnętrzach. ale to co najważniejsze - jedzenie.

na przystawkę spróbowaliśmy sałatę z awokado, prażonymi orzechami, szpinakiem, granatem i jajkiem przepiórczym - była przepyszna. lekko podpieczone awokado, odpowiednia ilość sosu, dużo chrupiących orzechów i idealnie ugotowane na miękko jajko. ta prostota zdecydowanie się obroniła. w menu drugim ramen z kurczakiem, algami, jajkiem i makaronem, przyjemnie rozgrzewający, lekko ostry, to jedna z lepszych zup jakich ostatnio spróbowałam, a porcja w jakiej została zaserwowana z pewnością mogłaby zastąpić danie główne.

na wspomniane danie główne jesiotr z selerowym puree, warzywa korzeniowe i masło kaparowe, w drugim menu policzki wieprzowe z kaszą bulgur, warzywa i sos wiśniowy. i tutaj nie będę się rozpisywać, bo oba dania były po prostu perfekcyjne.

na deser fondat z ciemnej czekolady z sosem waniliowym i fondat z białej czekolady z sosem porzeczkowym. oba smaczne, choć biały przypominał bardziej babeczkę z czekoladowym kremem w środku, a ciemny opadł - smaku mu to na szczęście nie odjęło, był płynny i zdecydowanie lepszy od białego. to był smaczny deser, ale nie taki, o którym marzy się przy niedzielnej kawie.

niedziela, 29 kwietnia 2018

restaurant week: pelican

lubię celebrować małe rzeczy, pójść na obiad bez okazji, ucieszyć się z pierwszej wspólnej podróży pociągiem podmiejskim (nawet jeśli trwa tylko 13 minut), przyspieszać kroku na monciaku chowając się przed wiosennym deszczem, mieć miejsce przy oknie w najpiękniejszej sopockiej restauracji i świeże kwiaty na stole i nieprzyzwoicie pyszną rybę i deser z filiżanką nie za mocnej kawy. lubię te minuty w pięknych wnętrzach i ten uśmiech, bo ktoś pamięta, że byliście tu pół roku temu i chłopiec był taki jeszcze malutki, a teraz wyjada z talerza warzywa. dobrych momentów przy stole jest jeszcze więcej, a to wszystko na trójmiejskim Restaurant Week. i to już naprawdę ostatni moment żeby zarezerwować miejsca na trzydaniowe menu, bo festiwal skończy się w poniedziałek. a co dobrego możecie zjeść w sopockim Pelicanie? o tym co na co dzień pisałam tu, a menu festiwalowe to pyszne ryby, nieoczywiste mięsne połączenia i piękne, choć wydawać by się mogło - proste desery. do tego wnętrze, w którym zawsze ma się ochotę zostać na chwilę dłużej i obsługa, która nienachalnie zapyta o Wasze wrażenia, opowie o menu, podpowie co wybrać. jeśli równie mocno lubicie ładne miejsca i dobre jedzenie, na pewno będziecie zadowoleni. a po deserze jeszcze spacer w słońcu, które cieszy najmocniej, gdy wraca między chmurami po wiosennym deszczu.

na przystawkę spróbowaliśmy wędzonego dorsza na kruszonym groszku (przypominającym puree) z marynowanymi mulami. i o ile fanami marynowanych muli nie będziemy (świeże zdecydowanie wygrywają), tak dorsz w połączeniu z delikatnym groszkiem smakował naprawdę pysznie. no i nie mogłabym nie wspomnieć o tym kwiecistym talerzu, jest piękny! w menu drugim jeleń sous-vide z kruszonką z parmezanu i grejpfruta i delikatna espuma z panchetty. jakkolwiek trudne by nie były te nazwy - ten cytrusowy dodatek robi tu robotę, a mięso było smaczne - i to mówię ja, która za mięsem nie bardzo przepada.

na danie główne smażona świeża makrela z puree z buraka i kuskusem z curry. po raz kolejny rybny talerz w Pelicanie smakował mi najbardziej. i nie wiem czy to już moja słabość do rybnych dań, czy jednak ta makrela była taka dobra, a może jedno i drugie. w menu drugim kaczka z karmelizowaną cykorią, marynowana czerwona kapusta i ziemniaki. brzmi klasycznie, ale na pewno zaskoczy Was smakiem, ja jednak zdecydowanie wybieram talerz z makrelą, kaczka to nie moje smaki.

no i deser. czy duet marchewki i mango może się udać? nawet bardzo. zwłaszcza jeśli to słodkie marchewkowe ciasto i owocowy orzeźwiający sorbet. kolorystycznie też się dopasowali całkiem nieźle! na drugim talerzu mocno czekoladowe brownie z karmelem i lodami, czyli milion słodkich kalorii, o których śni się w niedzielne przedpołudnie. obowiązkowo z kubkiem kawy. gdyby ktoś z Was miał jeszcze wątpliwości czy warto wybrać się na Restaurant Week... to spójrzcie na to czekoladowe królestwo skąpane w karmelu, z gałką lodów żeby ostudzić te wszystkie słodkie emocje. słowo daję, że zakochacie się w tej porcji czekoladowości serwowanej w Pelicanie.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

przyjęcie na roczek

bardzo czekałam na ten dzień, martwiąc się jednocześnie żeby nie nadszedł zbyt szybko.

to nie był najłatwiejszy rok i każda mama zrozumie o czym mówię. najsłodsze buzie drzemiących maluchów przeplatają się z płaczem na spacerach i kolkami nocą, najmniejszy katar i kaszel jawi się jako własny koniec świata, a niektóre ciężkie dni zdają się nie mieć końca. na szczęście o wiele więcej jest tych radosnych skrawków zapisanych w pamięci i dzisiaj o takim właśnie dniu.

przyjęcie roczkowe zorganizowaliśmy w jednym z naszych ulubionych trójmiejskich lokali i jesteśmy szalenie wdzięczni właścicielce, bo pozwoliła nam zaszaleć z dekoracjami udostępniając na kilka godzin całą przestrzeń Bliżej. wymarzyłam sobie, że będzie minimalistycznie, z motywem lasu i kwiatów i finalnie byliśmy całkiem zadowoleni z efektu (całkiem, bo wiadomo, że zawsze mogłoby być piękniej, lepiej i w ogóle). Bliżej jest pełne wielkich okien z widokiem na miasto, więc mieliśmy pod dostatkiem jasnego światła, a dzień choć mroźny był pod tym względem wyjątkowo łaskawy i słoneczny. na wysokim stoliku przy oknie przygotowaliśmy słodki poczęstunek dla naszych gości. i tutaj kolejne podziękowania należą się Capuccino Cafe z Sopotu, bo dzięki nim mieliśmy najpiękniejszy leśny tort (o smaku palonej białej czekolady z porzeczkami!) i słodkości - ptysie z kruszonką i kremem karmelowym, francuskie makaroniki i czekoladowe musy z rokitnikiem, malinami i wiśniami. jeśli przy okazji jakiś uroczystości będziecie potrzebować tort, to te z Capuccino są najlepsze na świecie - jeden z nich mogliście już u nas zobaczyć przy okazji chrztu małego chłopca - klik. wszystko nie wyglądałoby też tak pięknie gdyby nie pomoc trójmiejskiej marki Papel, która tworzy małą manufakturę z pięknymi dekoracjami i zaproszeniami (o tych będzie jeszcze osobny wpis) i która przygotowała dla nas papierową roczkową girlandę na okno i małą na tort, wszystkie piki, menu, winietki dla gości. śmiało mogę powiedzieć, że gdyby nie Karolina z Bliżej, Grażyna z Capuccino i Marysia z Papel - ten dzień nie wyglądałby tak ładnie. bo po pierwsze - cukiernik ze mnie żaden i pyszniejszego i piękniejszego tortu w życiu nie widziałam, a już na pewno sama bym nie upiekła, nie wspominając o ptysiach i makaronikach (od początku wiedziałam, że makaroniki są numer jeden menu zaraz po torcie, a na pewno dobrze wiecie, jak trudne jest ich przygotowanie). po drugie - nie mogłam wymarzyć sobie lepszej przestrzeni na ugoszczenie naszych najbliższych. początkowo przyjęcie miało być w naszym mieszkaniu, ale wizja ponad 20 osób w niewielkim salonie spędzała mi sen z powiek i nieoceniona okazała się tu pomoc płynąca prosto z serducha i prosto z Bliżej. oprócz wnętrza mieliśmy też pyszną lemoniadę, kawę i sernik upieczony przez Karolinę. po trzecie - Marysia z Papel namalowała specjalnie dla nas te listki, które stały się spójnym elementem całej maleńkiej uroczystości. przygotowała dla nas zaproszenia i etykietki zdobiące podarki dla gości i całą tą papierową oprawę.

niedziela, 22 kwietnia 2018

sopocki młyn

jeśli zdarzyło Wam się zastanawiać, gdzie zjeść jedno z najlepszych sopockich śniadań - oto ono! skąpane w słońcu, solidnie okraszone najlepszymi składnikami i ziarenkami maku na wypieczonym rogalu, w towarzystwie kubka ciepłego kakao. lokal jest położony przy jednej z głównych ulic, choć oddalony od ścisłego centrum miasta. dla mnie to plus, bo znajduje się na granicy Sopotu i Gdyni, więc mam zwyczajnie bliżej, żeby celebrować te leniwe rodzinne poranki nad kubkiem kawy. jeśli lokalizacja Was nie skusi, to na pewno zrobi to cena, bo za 10zł dostaniecie tu śniadanie o jakim można pomarzyć. w zestawie znajduje się koszyk pieczywa lub rogal (polecam rogale! są wypiekane na miejscu, z różnymi ziarnami na wierzchu i zdecydowanie nie są małymi rogalikami, które znajdziecie w piekarni, a całkiem konkretnym rogalem, chociaż chleb razowy też robi mu konkretną konkurencję, najlepiej, więc zabrać na śniadanie kogoś ukochanego i zamówić jedno i drugie, przy okazji i past do spróbowania jest więcej), do tego zestaw trzech past do wyboru (twarożek, hummus - klasyczny i z burakiem, pasztet, dżem, domowa nutella czy masło orzechowe to tylko niektóre z kilkunastu propozycji), no i jeszcze coś ciepłego do picia - kawa z przelewu, herbata, kakao czy mleko. jeśli lubicie śniadania na słodko - spróbujcie pasty chałwowej z malinami, poziomkowej albo rafaello, jeśli na słono - hummus buraczany, pasta jajeczna albo groszkowa, pycha! my jeszcze mamy słabość do domowych racuchów z jabłkami, posypanych cukrem pudrem, są najlepsze! to oczywiście nie wszystko, bo na każdego głodomora czeka tu jajecznica, naleśniki, owsianka czy jaglanica. w ciepłe dni można przesiadywać na dworze - co też uczyniliśmy w jeden z pierwszych słonecznych kwietniowych poranków, albo wybrać jeden z poziomów piętrowej restauracji. a śniadania, to tylko jedna z części menu, które tu znajdziecie. Sopocki Młyn słynie z wyrabianych na miejscu pierogów (z boczniakami, z gorgonzolą i gruszką, z wątróbką, z twarogiem i chałwą, gotowane albo pieczone z ciasta drożdżowego, opcji jest wiele) i nie możemy się doczekać kiedy znów zrobimy sobie wycieczkę do Sopotu i spróbujemy tych pyszności!

środa, 18 kwietnia 2018

restaurant week: On/Off

dzisiaj ruszyła kolejna edycja festiwalu Restaurant Week, w czasie którego spróbujecie specjalnie na tę okazję przygotowanego menu degustacyjnego (co wcale nie oznacza małych degustacyjnych porcji, o czym przekonacie się oglądając dalszą część relacji) najlepszych polskich restauracji. robiąc rezerwację na stronie festiwalu, w cenie 49zł, zjecie przystawkę, danie główne oraz deser, to chyba najlepsza okazja na odwiedzenie ulubionych miejsc i spróbowanie nowych! my postanowiliśmy sprawdzić gdyńskie On/Off, położone w nowoczesnym budynku Inkubatora Przedsiębiorczości na ulicy Olimpijskiej. pierwsze zaskoczenie to wnętrze - dużo przestrzeni, wszystko spójnie urządzone w niebiesko różowej kolorystyce. drugie zaskoczenie - jedzenie, no oczywiście! po to tu przyszliśmy żeby dać się zaskoczyć i nacieszyć nasze kubki smakowe. wszystko wygląda niezwykle estetycznie, jest dużo jadalnych kwiatów, a porcje dań, co tu dużo mówić.. są ogromne! i pusty brzuch raczej nie wystarczy żeby zmieścić to wszystko. na szczęście to czego nie zmieszczą brzuchy, można zabrać w pudełku na wynos, duży plus! obsługa jest przemiła, ma czas opowiedzieć nam o daniach i o samej restauracji, a nasz syn mimo, że jest nieplanowanym gościem, to spotykamy się z bardzo miłym przyjęciem i jest to naprawdę bardzo cenne.

ale przejdźmy do rzeczy.. a raczej do talerzy!

na przystawkę krem warzywny z chipsami z jarmużu i grzanką z kaszubskiego chleba, intensywnie pomidorowy i wyrazisty. w drugim menu wątróbka duszona w winie, z orzeszkami ziemnymi i warzywami. widok talerza zaskakuje, bo tak podanej wątróbki na pewno jeszcze nie zdarzyło Wam się zjeść! są winogrona i płatki kwiatów, a wszystko wygląda naprawdę imponująco - o ile to odpowiednie określenie, by mówić o talerzach.

na danie główne filet z sandacza w pomarańczach, pyszne kremowe puree pietruszkowe i groszkowe oraz sałatka. a na talerzu obok żeberka z dzika w sosie Jack Daniels i smażone kopytka, do tego flambirowane warzywa. zarówno ryba, jak i mięso pyszne, choć oczywiście podane w takich porcjach, którym chyba nie da rady największy głodomor. zaskoczyć Was mogą kopytka, bo chociaż wydają się zwyczajnym daniem, to te w On/Off przygotowywane są inaczej niż te klasyczne - smaży się je na surowo, bez wcześniejszego gotowania. nie pytajcie ile to ma kalorii!

wisienką na torcie są desery. chociaż torcik to jest akurat z kaszy gryczanej, podany z lodami z buraków. ja uwielbiam takie nieoczywiste połączenia, więc na kaszę gryczaną w słodkim cieście i buraki w lodach zawsze zareaguję z entuzjazmem. w drugim menu polska panna cotta, czyli kasza manna z białą czekoladą i sosem truskawkowo - rabarbarowym i wanilią.

jeśli lubicie polską kuchnię, to to menu na pewno jest dla Was. klasyczne smaki zyskały tu pyszne dodatki i nieoczywiste połączenia. dajcie się zaskoczyć i spotkajcie się przy stole!

wtorek, 17 kwietnia 2018

restaurant week: taverna zante

bardzo często znajduję w mojej skrzynce pytanie o to, gdzie zjeść w Trójmieście, gdzie wybrać się na rybę, na kawę, na obiad, na lody. a już jutro rusza wiosenna edycja festiwalu najlepszych restauracji RESTAURANT WEEK i nie mogłabym nie polecić Wam wzięcia w nim udziału! za 49zł zjecie przystawkę, danie główne i deser w jednej z kilkudziesięciu restauracji w całej Polsce.

na pierwszy ogień kuchnia grecka i gdyńska Taverna Zante, którą miałam przyjemność odwiedzić wczoraj na kolacji ambasadorskiej. Zante poznałam przy okazji poprzedniej edycji festiwalu i do dziś wspominam pyszny sernik chałwowy i przyjemny klimat tego miejsca. i tym razem grecka podróż widelcem po talerzu okazała się pysznym doświadczeniem. kolorowe przystawki, z oliwkami i halloumi na czele, ryba w sezamie lub klopsiki kofta, przesłodka baklava.. jeśli nie mieliście jeszcze okazji poznać kuchni greckiej - to idealny moment na jej spróbowanie. a jeśli już ją znacie i lubicie - tym bardziej nie będziecie zawiedzeni.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

wiosna nad morzem

marzyłam o takiej wiośnie już rok temu. o długich nadmorskich spacerach z wózkiem, o dniach mijających leniwie na pokonywaniu kolejnych kilometrów spacerowym tempem. ale rzeczywistość brutalnie minęła się z moimi wyobrażeniami i mały człowiek nie podzielał mojego entuzjazmu do długiego leżenia w wózku, a ja każdy dalszy spacer traktowałam jak niezłe wyzwanie i loterię pod tytułem - obudzi się? nie obudzi? będzie płakać głośno? czy głośniej? finalnie wolałam zostać w okolicy domu, żeby w razie uaktywnienia syreny alarmowej w postaci płaczu szybko wrócić do domu. owszem, jak zrobiło się cieplej i przełamałam swoją barierę do karmienia w terenie, to spacery się zdarzały, ale wciąż w głowie miałam wizję tego płaczu w autobusie i mój komfort psychiczny zdawał się tutaj wygrywać z chęcią morza na wyciągnięcie ręki. ale teraz jest już zupełnie inaczej, o poranku pakujemy plecak, po drodze kupujemy owocowy koktajl albo kubek ciepłej kawy i nareszcie możemy spokojnie spacerować, odkrywać świat, brudzić kolana w nadmorskim piasku, spać na świeżym powietrzu pod musztardowym kocem i oddychać jodem. marzyłam o tym! super synku, że Cię mam! i że możemy razem przesiadywać na marinie z pudełkiem sałatki pół ranka i oglądać łódki.

środa, 11 kwietnia 2018

główna osobowa

nie sądziłam, że nim napiszę tu o Głównej Osobowej, okaże się, że właśnie przestała istnieć. pewnie nie tylko dla mnie niespodzianką było zamknięcie lokalu po trzech latach działania i mnóstwie pozytywnych opinii - zarówno o kuchni, jak i wystroju i klimacie tego miejsca. pora na nowe! niedługo w tym miejscu powstanie Neon Streetfod bar, z szefem kuchni Janem Kilańskim, który szaleje ostatnio w kuchni polsatowskiego TopChefa. pozostaje nam więc miłe wspomnienie pysznej ryby i mięsa i groszkowej lemoniady, która mi niestety nie przypadła do gustu (choć uwielbiam eksperymenty i z radością zareagowałam na tą pozycję w karcie) i kilka letnich obrazków z przepełnionej słońcem Osobowej i jej ogródka. Szkoda! Ale apetyt na nowe jest wielki!

piątek, 16 marca 2018

1 urodziny

słowa maja dziś zapach maślanych ciasteczek posypanych cukrem pudrem i maczanych w ciepłym mleku. zupełnie jak chłopiec, którego rok temu o 7.36 zobaczyłam po raz pierwszy. teraz miało być tkliwe i nostalgicznie, ale popatrzyłam na te małe kochane łapki i skasowałam wszystko co napisałam. zastanawiam się tylko jak mogło go nie być? tego gugania od 6 rano, tych zachwytów nad każdym uśmiechem, przewrotem, tego płaczu, ciągania za włosy, tulenia i całusów w czoło. rozrzuconych zabawek, nadmorskich spacerów, niedośnionych snów. no nie mogło, teraz jest najlepiej! Kocham Cię, synku!

czwartek, 8 marca 2018

ekocuda w gdańsku!

kosmetyczny minimalizm jest mi ostatnio bardzo bliski. odkąd zaczęłam używać naturalnych olejków do twarzy i ciała polubiłam codzienne nawilżanie (a do tej pory z kremami było mi raczej nie po drodze), to może już ten wiek, bo do trzydziestki coraz bliżej, ale naprawdę sprawia mi frajdę widok tych kilku buteleczek na łazienkowej półce. ucieszyłam się więc na wiadomość o kolejnej edycji festiwalu Ekocuda, która odbędzie się w marcu w Gdańsku. no i jeśli o cudach mowa, to tych kosmetycznych znajdziecie tam naprawdę wiele! co i rusz na stronie festiwalu pojawiają się nowe marki, które wezmą udział w wydarzeniu. będzie można wąchać, smarować, wklepywać i testować, a później ulubione fioli i pudełka zabrać do domu. będą warsztaty i wykłady, ale przede wszystkim będzie można zasięgnąć porad specjalistów na temat pielęgnacji i zdrowia. i co istotne - aby na własnej skórze przekonać się o dobroci tych ekologicznych cudów nie potrzeba żadnych wcześniejszych zapisów, a wstęp na wydarzenie jest bezpłatny.

sobota, 24 lutego 2018

by the way

weekendy i przyjaciele są po to, żeby czasem zjeść takie pyszne śniadanie w południe. i odkrywać nowe miejsca, które od dawna kusiły smakami podglądanymi na internetowych zdjęciach. deszczowa sobota miała w końcu swój poranny finał przy bajglu z jajkiem w koszulce i wędzonym łososiu i przy jajecznicy z bekonem. i pysznej kawie. jeśli szukacie miejsca, w którym złapiecie pyszne momenty, to właśnie tu. poranki są spokojne, jajko w koszulce idealne, bajgiel chrupiący, a rozmowy przy kawie ciągną się nieprzyzwoicie długo. kolejne gdyńskie miejsce, które śmiało mogę dopisać do listy najpyszniejszych!

wtorek, 23 stycznia 2018

hebda i kosmetyki z natury

rzeczy, za którymi stoi pasja zawsze się obronią. jakością, zapachem, działaniem, sercem włożonym do ich przygotowania. znacie dziewczynę, która kręci kosmetyki? Klaudyna na ziołach zna się jak mało kto, prowadzi swój sklepik, wydała książkę, ciągle się szkoli za granicą i dzieli wiedzą z każdym kto choć trochę ma ochotę posłuchać o naturze. zazdroszczę jej tej pozytywnej energii, podziwiam za wiedzę i naturalność która aż od niej bije. no i uwielbiam za ten kawowy peeling i ziołową sól do kąpieli, które stworzyła. jeśli jeszcze nie znacie @klaudyna.hebda, to bardzo bardzo polecam!

wtorek, 16 stycznia 2018

10 kilogramów miłości na 10 miesięcy

za każdym razem, gdy myślę sobie, że limit lukrowanych słów przyklejonych kolorową taśmą do comiesięcznych wpisów o naszym kolejnym wspólnym miesiącu już wyczerpałam.. to zawsze pojawiają się nowe. bo wiecie jak to jest, takie moje tyci, maleńkie, wychuchane, ukochane, z tymi stópkami do zacałowania, z tym uśmiechem, który przegania chmury wiszące nad głową i już prawie dotykające czoła. ale nie, nie, czasem też miewam dość, najczęściej się za to ganię, ale przecież jestem tylko człowiekiem. no ale jakby było tylko tak dobrze i pięknie i w lukrowanych ciasteczkach maślanych, to pewnie by mnie mdliło od nadmiaru słodyczy. denerwuję się czasem, mówię, że mam dość, że nie potrafię, że to ponad moje siły.. a później i tak tych sił mam siedem razy więcej i pół miasta i podróż autobusem potrafię przemierzyć dźwigając te moje ukochane 10 kg w nosidle. i tak od cudownych 10 miesięcy. i mam chwilami wrażenie, że te moje pociążowe nadprogramowe kilogramy to miłość, tylko jak okazuje się, że najwięcej ich jest na udach i brzuchu, to już nie jestem taka pewna. ależ ja jestem szczęściarą, że Cię mam chłopaku niebieskooki!

wtorek, 9 stycznia 2018

9

9. dokładnie tyle lat mija odkąd zaczęłam pisać jako ASIEJA. blog najpierw był lekarstwem, a później dał mi dużo dobrego - wspaniałych ludzi. niektórzy byli tylko na krótką chwilę i znikali bez słowa pozostawiając okruchy żalu, inni zostali na chwilę dłużej, a jeszcze inni wciąż mi towarzyszą. DZIĘKUJĘ! za każdym razem, gdy dopada mnie jakiś kryzys dotyczący wirtualnego bycia - przypominam sobie o wszystkich tych, których 'podarował mi internet' i już wcale nie mam ochoty stąd zniknąć. dziękuję za te 9 lat nieustannych wzruszeń, zachwytów, wiadomości, ciszy, niespodzianek, przytuleń, listów i zwyczajnego bycia gdzieś obok - chociaż czasem bardzo daleko w kilometrach.