poniedziałek, 16 października 2017

7

dzisiaj mija siedem miesięcy odkąd jesteśmy razem. nie wiem jak to działa, że nagle w dalekie szufladki pamięci odłożyłam cały ból (o jak to cholernie bolało) i strach (przez kilka miesięcy ciąży i leżenia w łóżku, to właśnie on był moim najwierniejszym towarzyszem i opuszczał mnie tylko na bardzo krótkie momenty) i myśl o tym jak bardzo i jak okrutnie długo męczyłam się z mdłościami i codziennymi wymiotami. i jak teraz wszystkie te szufladki wypełnia miłość. najprawdziwsza, najszczersza. i ta miłość nie jest taka landrynkowa, nie ma koloru piwoniowego różu. nie. ona jest różna, czasem uśmiechnięta, czasem zapłakana, ona czasem ma dość, a czasem aż ją nosi ze szczęścia. ta miłość sprawia, że każdej nocy ma się siły na nocne pobudki, a nawet jak się nie ma, to i tak się wstaje. to ona sprawia, że ponad wieczorne towarzyskie atrakcje wybiera się głośny śmiech dziecka, kąpiel z bąbelkami i tulenie do snu. ta miłość ma niebieskie oczy, najkochańsze stópki świata i podobno "cały z niego tata". jak to dobrze, że możemy odkrywać świat razem. i szukać uśmiechu w prostych rzeczach. kocham cię, synku.

restaurant week - bliżej

lubię wracać do miejsc, w których dobre jedzenie spotyka się z przyjemną atmosferą, uśmiechniętą obsługą i pyszną lemoniadą. i równie mocno jak te sprawdzone - lubię nowe smaki. a najlepszą okazją żeby ich spróbować i zabrać męża (lub inną równie miłą nam osobę) na pyszny obiad z przystawką i deserem zdecydowanie jest Restaurant Week. za chwilę rusza kolejna edycja tego pysznego festiwalu - w bardzo atrakcyjnych cenach, w wybranych lokalach spróbujemy autorskich dań i nacieszymy kubki smakowe rozkosznymi deserami. może być romantyczna kolacja, może być zupełnie niezobowiązujący niedzielny obiad (ta opcja u nas wygrała). pewne jest, że zawsze będzie pysznie, jeśli tylko pozwolimy dać się zaskoczyć.

poniedziałek, 9 października 2017

iossi

nic tak nie poprawia nastroju w jesienne zimne dni jak małe domowe spa. o zapachu lawendy, róży i słodkich migdałów. no i chyba właśnie zaczęła się u nas era małych ciekawskich rączek. ❤ razem zaglądamy do pudełka po brzegi wypełnionego dobrociami. lubię te polskie marki, pełne natury, pięknych zapachów, minimalistycznych opakowań i najlepszych składów. i wielką przyjemność sprawia mi codzienna pielęgnacja z cudnym witaminowym koktajlem i rozświetlającym serum. a mały człowiek po kąpieli pięknie pachnie lawendą i jeszcze bardziej mam ochotę go schrupać, a na pewno mocno wyprzytulać.

niedziela, 8 października 2017

make photography easier

jeśli się trochę postarać, to jesień jest naprawdę piękna. nawet, gdy kawa już wystygła, a bukiety kwiatów nie są już tak piękne i kolorowe jak latem. ale są te różowe pąki, które rozkwitają z każdym dniem coraz mocniej. na dodatek mam ostatnio szczęście do ładnych jesiennych książek - tą autorstwa Kasi z Make life easier chce się przeglądać bez końca. są piękne zdjęcia i niejedna przydatna porada. zwłaszcza dla takich fotograficznych amatorów jak ja, którzy niewiele wiedzą o balansie bieli, ISO i innych strasznie ważnych rzeczach. skupiam się raczej na samym obrazku, a nie na jego technicznej poprawności. łapię więc te chwile znad kawowej filiżanki, ostatnie przedpołudniowe promienie słońca wpadające przez uchylony balkon. jest rześko, dziecko śpi, a ja mogę przekładać kolejne zadrukowane kartki, tak jest dobrze.

sobota, 7 października 2017

cały gaweł cantine bar cafe

to sopockie miejsce od samego początku, jeszcze zanim zostało otwarte, wzbudzało moje duże zainteresowanie. i nie ma się co dziwić, bo wnętrze jest naprawdę piękne, a każdy detal i każda najmniejsza rzecz ma tu swoje przemyślane miejsce. jest wielki świecący napis z nazwą, słup pełen najlepszej prasy, monstery, zieleń, beton, drewniane stoliki, wszystko tu gra. jedzenie również. zresztą ilość gości, którą o każdej porze dnia można tutaj spotkać mówi sama za siebie, jest pysznie i jest pięknie. nie mogę nie napisać, że kojarzy mi się to miejsce co nieco hipstersko, bo modnie tu bywać, wypić kawę przy stoliku z wymalowanym na ścianie Bronkiem, poczytać Usta albo Kinfolk, ale i tak jest fajnie, nawet mimo tej całej otoczki. w Całym Gawle wiedzą jak sprawić, by chciało się tam wrócić na szklankę lemoniady i burgera z super frytami. wielkie gratulacje dla właściciela, który nie tylko w social mediach, ale i w realu dba o to miejsce na całego!

piątek, 6 października 2017

miało być trudno i z zimną kawą

miały być wyłącznie nieprzespane noce, zimna kawa, prysznic w biegu, płacz na śniadanie, obiad i kolację. z kolei druga wersja zakładała wszystko w kolorach pastelowych, z landrynkami na każdą porę dnia i nocy, a życie z niemowlakiem jako niezłą sielankę. ale wyszło jak zwykle - czyli zupełnie inaczej. i po sześciu wspólnych miesiącach mam ochotę te kawałki sobie zapisać, zapamiętać i kiedyś jeszcze do nich wrócić z myślą "kurcze, naprawdę daliśmy radę".

ten pierwszy wspólny czas to jest jakiś rollercoaster. hormony wariowały, miałam ochotę na zmianę płakać, wzruszać się albo cieszyć tak mocno i tak intensywnie jak nigdy dotąd. było ciężko, cholernie. mam wrażenie, że zajmowałam się wyłącznie karmieniem, tuleniem, przewijaniem i ciągle karmieniem i tak mijał dzień za dniem. czasem płakałam z bezsilności, wmawiałam sobie, że na pewno nie jestem dobrą mamą, przeklinałam te okropne kolki, które sprawiały, że moje dziecko krzyczało przez pół wieczoru, a ja wyczerpana miałam ochotę krzyczeć razem z nim. a więc gdzie ten lukier, słodka beztroska i cukierkowe dni? były. w małych kawałkach. w małych stópkach, kosmykach ciemnych włosków, głowie przytulonej do piersi tak instynktownie szukającej mleka. w zasypianiu na moim brzuchu, bliskości, cichych pomrukach małego zawiniątka w kocu w wieloryby. wszystko było w tych 3 kilogramach. i strach i radość i spełnione marzenia.

nie było łatwo. po kolei burzyły się wszystkie moje obrazki macierzyństwa, które miałam w głowie. miały być nadmorskie spacery, całe dnie spędzane na marinie, a tymczasem większość spacerów to płacz i nerwowe szukanie drogi powrotnej do domu. gdy dziecko spało w ciągu dnia lub zasypiało o 19 wieczorem, to zasypiałam i ja, bo pomimo wszelkich planów - nie miałam siły. na nic. przykładałam głowę do poduszki i łapałam każdą najcenniejszą minutę snu. i jednocześnie nie traktowałam tych nocnych pobudek jako coś najgorszego, chwilami nawet to lubię i czekam i tulę to małe zawiniątko. staram się jak mogę, ale jednak mimo lukru też miewam dość. czekam na powrót taty chłopca i już w drzwiach mam ochotę mu przekazać te nasze słodkie kilogramy i chociaż na chwilę się odciąć, uciec, schować się pod ciepłym kocem i udawać, że mnie nie ma. przez pół godziny. i żeby nikt nic ode mnie nie chciał. wyjście po sok marchewkowy do lidla traktuję jak największą przyjemność. oddycham.

ale nie jest trudniej niż myślałam, że będzie. instynkt działa cuda. nie chodziłam do szkoły rodzenia, nie przeczytałam dziesiątek książek o pielęgnacji i wychowaniu malucha. prawda jest taka, że na początku nawet nie potrafiłam zmienić pieluchy i (o przepraszam cię synu!) tą pierwszą zmieniłam 12 (!) godzin po porodzie, bo położne mówiły, że nie trzeba, że wszystko jest ok, a później zupełnie przestały się nami interesować, a ja głupia naiwnie wierzyłam, że one wiedzą lepiej co jest dla nas dobre. a to ja - ja mam wiedzieć czego potrzebuje moje dziecko i nie liczyć na innych.

i jest dobrze, jest najpiękniej. wciąż się złoszczę i cieszę, martwię i troszczę. wciąż pijam ciepłą kawę i na kąpiel w wannie mam więcej niż 3 minuty (o co w ogóle chodzi z tą zimną kawą i brakiem czasu na spokojne zamknięcie się w łazience?). wciąż nie lubię zostawiać dziecka z kimś innym niż jego tatą choćby na pół godziny, wciąż uwielbiam mieć go blisko. a spacery i jazda autobusem na drugi koniec miasta już nie sprawiają, że staję się kłębkiem nerwów.

synku, jak super, że Cię mam!

czwartek, 5 października 2017

morze miłości

jesienią bywa trudniej. poranki zaczynają się, gdy ma się wrażenie, że jest jeszcze noc. jest ciemno, podłoga pod nogami zimna, pierwszy kubek kawy nie sprawia że powieki stają się lżejsze. jesień mnie przytłacza, przygniata i dusi. brakiem słońca, zbyt szybkim popołudniowym zmrokiem, brakiem świeżych owoców, ciepłych spacerów i zimnem. ale jesień bywa też dobra. gdy można dłużej powylegiwać się w ciepłej pachnącej pościeli, zjeść na śniadanie jajecznicę zrobioną przez męża, wypić miodową herbatę, iść na spacer, oglądać popołudniowe morze z przytulonym do serca małym człowiekiem. w czapce z pomponem, opatulonym musztardowym kocem. taką jesień lubię, z widokiem na morze. morze miłości.

wtorek, 3 października 2017

mrs bisquit

lato mi uciekło, a jeszcze by się chciało w rozgrzanym przez całodniowe słońce pisaku ręce zanurzyć, przesypywać ziarenka z ręki do ręki. bosą stopą między falami uciekać, chmury liczyć białe i niebieskie. kolorowy koc rozłożyć i leżeć gapiąc się w tą wszechobecną niebieskość. zawsze jest za krótko, za mało, zawsze tęsknota przychodzi za szybko. bo jesienią to nie jest to samo, gdy wiatr głowę urywa, ciepły szalik trzeba motać na szyi, piasek nie nasypie się do sandałków, nie mówiąc już o bosych stopach (no chyba że się jest morsem, ale to nie o mnie). ale mam coś co przy odrobinie chęci letnim morzem będzie dla mnie codziennie. i w te szare jesienne dni też i zimą ponurą, gdy śnieg już przykryje chodniki doszczętnie. mam rybę z ceramiki, która jest więcej niż robiona z sercem, bo jej autorka to musi być prawdziwa czarodziejka. kto inny umiałby robić takie ładne rzeczy? i teraz to ja rybę na szyję zawieszę, a na drugiej ułożę maślane ciasteczka i będzie mi przyjemnie myśleć o morzu, o słońcu i lecie. i będzie mi dobrze czekać na kolejne.

sobota, 30 września 2017

chłopaki

w tym roku dzień chłopaka po raz pierwszy świętujemy podwójnie. fajne są te drobne okazje, gdy mogę sobie uświadomić jak cudownie jest być mamą chłopca. małego człowieka coraz bardziej ciekawego świata, o niebieskich kochanych oczach i słodkim uśmiechu. nigdy nie miałam w sobie tyle wdzięczności za to co mam.

czwartek, 21 września 2017

magia internetu i tulaki

czasem zupełnie niespodziewanie dopada mnie magia internetu. brzmi banalnie, wiem. ale dużo dobrych rzeczy się tu dzieje (od czasu do czasu). nawet jeśli wcale nie poznałam w sieci miłości swojego życia, nie znalazłam tu najlepszej przyjaciółki, ale.. czasem spotykam tu osoby, które totalnie mnie wzruszają. małymi rzeczami. tym razem też tak było. Małgosia napisała do mnie, a później kurier przyniósł mi piękną uszytą przez nią koszulę z kwiatowym kapturem, która zaczęła ze mną tegoroczną wiosnę (ją pokażę niedługo). to było w marcu i mały chłopiec, który pojawił się akurat w moim świecie miał jakieś 3 tygodnie. no i Małgosia kompletnie mnie rozczuliła. wzruszyła. mój syn (zupełnie nie wiem czym sobie zasłużył, bo przecież się nie znamy, nigdy nawet ze sobą nie rozmawiałyśmy!) dostał najpiękniejszą lwią poduchę, którą szczerze uwielbiam - za te rumieńce i puchate wykończenie. i auto -mały drewniany wóz strażacki z historią. bawił się nim synek Małgosi, a w przyszłości będzie mój. nie wiem dokładnie ile trzeba mieć w sobie empatii żeby obcej osobie zupełnie bezinteresownie podarować takie skarby, ale wiem, że Ona ma jej mnóstwo. i jestem wdzięczna, że takich ludzi tu spotykam.

jeśli i Wam marzy się taki lew, koszula z kapturem lub inne piękne uszytki, to koniecznie zajrzyjcie na Tulaki!

sobota, 9 września 2017

najsłodsze co mam

żadne lato nigdy nie było piękniejsze. kwiaty od męża, uśmiech od syna.. mam wszystko. i mogłam sobie w nieskończoność powtarzać, że nie dam w mojej głowie dominować tym myślom o macierzyństwie, ale inaczej się po prostu nie da. cała reszta przestaje być aż tak istotna, najbardziej liczą się te małe stópki i słodki uśmiech z dwoma zębami. co poradzić? chyba nic, chyba najlepiej dać się ponieść tej fali uroczego dzieciństwa i pozwolić temu małemu człowiekowi na dominowanie nad każdą inną dziedziną życia matki. a ponieważ czas płynie przerażająco szybko, to ja tym bardziej mam ochotę na cieszenie się wspólnymi chwilami, bardzo wyjątkowymi i jeszcze bardziej ulotnymi.

piątek, 8 września 2017

mąka i kawa

Najlepsza pizza w mieście! Tak mogłabym zacząć, skończyć i w zasadzie nic już więcej nie pisać, ale jeszcze ktoś by mi nie uwierzył... Mąka i Kawa na ul. Świętojańskiej to bardzo niewielki lokal, któremu łącznie z metrażem absolutnie nic nie brakuje. Minimalizm, kredowe tablice, kawa własnej marki, włoski klimat, kilka stolików, na każdym z nich puszka z oliwą i sosem balsamicznym i kilkanaście propozycji na pyszną pizzę. Najprostsza mozzarella, pomodoro (9zł) smakuje wybornie, cieniutkie ciasto z chrupiącymi brzegami, kilka kropel oliwy i już. Nigdy nie byłam wielką fanką pizzy i moje serce nie biło mocniej na myśl o kawałku ciasta z serem i pomidorowym sosem... ale do czasu. Do czasu Wegety (11zł) z pieczonymi pomidorami, świeżą bazylią, czerwoną cebulą i pieczarkami, do czasu salami piccante, rukoli i mascarpone (13zł). Wegetarianie znajdą tu pizzę z tofu, a mięsożerców na pewno zadowoli szynka parmeńska, cotto czy mielona wołowina. Nigdy też nie ma problemu, by zamienić rodzaje sera czy inne dodatki. Obsługa jest miła i uśmiechnięta, zapachy kuszą już przed wejściem, a tym co przyciąga równie mocno jak smak, są ceny, które zaczynają się już od 9zł i w najbogatszej wersji nie przekraczają 18. Pizza podana jest na drewnianej deseczce, bez niepotrzebnego brudzenia talerzy. Jemy rękoma i nie przejmujemy się jeśli pomidorowy sos pobrudzi kąciki ust, w końcu szczęśliwy człowiek to nie tylko ten, który ma buzię umorusaną czekoladą. Na pizzę czekamy około 10 minut, możemy zamówić ją również telefonicznie i odebrać na wynos o ustalonej godzinie. Warto wspomnieć też o kawie, której nie brakuje w nazwie lokalu. Wiadomo - mąka gra pierwsze skrzypce, ale ta druga jest równie pyszna. Caffe Rizzi to własna marka, a że włoska kawa jest tak samo wyjątkowa jak włoska pizza, to razem tworzą duet idealny. Za 5zł wypijemy americano i nawet jeśli jesteśmy absolutnymi wielbicielami kawy z mlekiem, warto skusić się na czarną, by poczuć jej intensywny smak. Nie ma opcji żeby będąc w Gdyni nie zajrzeć do Mąki!

czwartek, 7 września 2017

yope!

jeśli można mieć słabość do jakiejś marki to tak wygląda moja. zaczęło się niewinnie od kuchennego mydła o zapachu miodu i bergamotki, a później poszło już z górki. ulubiony imbirowy i herbaciany krem do rąk, mydło pachnące werbeną i cudowny balsam o tym samym zapachu. do sprzątania bambus i francuska lawenda. do kąpieli dziurawiec, geranium albo kadzidłowiec - zależy od dnia, nastroju albo pogody. lubimy się, oj mocno. duży plus za naturalne składniki, pocieszne zwierzaki na etykietach no i co najważniejsze - to nasza polska marka!