Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bazylia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bazylia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 czerwca 2013

znowu lody! czyli jak zmroziłam bazylię.

dwa słowa na L, każde po cztery litery: lato i lody. nawet, gdy letni deszcz, gdy kropi i grzmi. ostatnio byłam w mieście, w którym lodziarnie otwarte są nawet o dwudziestej drugiej, a przynajmniej jedna trzecia osób spacerujących późnym wieczorem, niesie w ręku słodki wafelek wypełniony po brzegi. ja spróbowałam lawendowych z rozmarynem i wiśniowych z chilli. bo jestem raczej z tych co monotematycznie wybierają melonowe i śmietankowe w ulubionej lodziarni, ale na wyjeździe lubią nowe i wcześniej nie próbowane. a w domu zrobiłam bazyliowe z limonką. w niedalekich planach, w nowej gdańskiej kuchni zmrożę jeszcze karmel z solą. taka lodowa mania.

sobota, 11 sierpnia 2012

co ma wspólnego bazylia z jagodami?

gdzieś pomiędzy nocą, a początkiem nowego dnia. wdech i wydech, słychać tylko deszcz albo mruczący cicho komputer. a później chowasz się pod kołdrę i wszystko na chwilę znika. dobranoc. i dzień dobry i życzenie pięknego dnia, które sprawia, że wypijając pierwszy tego dnia kubek kawy - kąciki twoich ust unoszą się lekko ku górze - to szalenie dobry znak! pięknej soboty!

piątek, 9 kwietnia 2010

Paryska mysz i mule po prowansalsku

dzisiaj w mojej kuchni uroczy Gość.. wciąż nie mogę się nadziwić, że w tym wirtualnym świecie poznaję nie tylko te cudowne smaki, ale i osoby, które je tworzą. to "poznaję" powinnam umieścić w dużym cudzysłowie, bo Nicole, o której mowa, jest ode mnie setki kilometrów i nigdy jej nie widziałam. ale przecież codziennie zaglądam do Jej kuchni.. podglądam pyszne dania.. zupy, makaron, babeczki z mnóstwem pomarańczowego lukru. a dzisiaj ugoszczę Ją u siebie. sami zobaczcie co przygotowała..
Mój związek z Francją powstał już niejako w dniu moich urodzin, kiedy rodzice dali mi na imię Nicole. Urodziłam się w Wiedniu, gdzie w 1983 roku imię to było najbardziej prawdopodobnie popularne wśród wszystkich imion dziewczęcych. Rodzice chcieli abym jako córka emigrantów nie wyróżniała się z tłumu, myśleli że dając mi międzynarodowe imię zapewnią mi ochronę przed łamaniem języka "kasztanów". (Kasztani to w potocznym języku lat 80tych Austriacy). Paradoksalnie całe życie imieniem się wyróżniałam, ponieważ 6 lat później razem ze zmianą ustroju w Polsce, zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Od tego czasu czasu mieszkam w Warszawie, a imię swoje muszę zawsze literować. Nie wiem czy to za sprawą mojego imienia, a może tego że mam wiele wspaniałych wspomnień z wakacji spędzonych na południu Francji, ale kuchnię francuską uwielbiam ponad wszystkie. (z wyjątkiem kuchni polskiej oczywiście)

Cztery lata temu, moja ciocia Kasia z Toronto, namówiła mojego tatę żeby spotkał się z nią w Paryżu na największych targach tekstylnych w Europie, miała pomysł na wspólny interes. Natomiast ja i moja kuzynka Sonja miałyśmy inny pomysł, namówić naszych rodziców żeby nas zabrali ze sobą, że niby też bardzo się interesujemy rynkiem tekstyliów... jasne. Raczej interesowałyśmy się kolejnym spotkaniem w Paryżu i udało się. Mały family reunion miał miejsce na początku września. Septembre, to pierwszy miesiąc sezonu na Mule. Po czterech miesiącach bez litery "r" : mai, juin, julliet, aout, wreszcie co roku nadchodzi czas by poławiać najlepsze, niehodowlane małże z naturalnych połowów.

Nie dałam im spokoju i już pierwszego wieczoru poszliśmy do restauracji która specjalizuje się wyłącznie w Mules frites (małżach z frytkami) Leon de Bruxelles - jest takich restauracji w Paryżu kilka, mimo że jest to sieć, których nie jestem zwolenniczką, małże mają najlepsze. Dań mamy zaledwie kilka do wyboru, co z resztą moim zdaniem cechuje wiele wspaniałych restauracji, różnią się tylko sosami na jakich małże są gotowane. Zamówiłam Moules a la provencale - małże po prowansalsku, czyli w sosie pomidorowym.

Gdy Asia zaproponowała mi abym napisała gościnny wpis na jej blogu, ciężko było mi się zdecydować o czym napisać, od razu przyszły mi na myśl mule. Ale potem pomyślałam sobie... -Nie... zrobię coś prostszego-. Kombinowałam, rozmyślałam, aż wreszcie podjęłam niespodziewaną decyzję - przecież nie ma nic prostszego od muli i dzisiaj chce was o tym przekonać.

Mule po prowansalsku
przepis dla 2 osób

1kg muli (świeże mule w Polsce kupuje się w czwartek)
500g dojrzałych mięsistych pomidorów
1 średniej wielkości cebula
2 ząbki czosnku
50g masła
2 łyżki oliwy z oliwek
200 ml białego wina (wino do gotowania nie musi być rewelacyjnej jakości byle nie było wytrawne/półwytrawne)
2 liście laurowe
2 gałązki natki pietruszki
10 listków bazylii
sól, świeżo mielony pieprz
1 czubata łyżka mąki pszennej


O tym gdzie i jakie kupić mule pisałam już jakiś czas temu, z łatwością znajdziecie ten post na moim blogu. Podsumowując mule kupujemy w czwartek/piątek, kupujemy je świeże, bo mule w momencie dotarcia do naszej kuchni mają jeszcze być żywe. Podobnie jak raki. Tylko wtedy mają idealny smak.

Mule oczyszczamy z hydr i wodorostów,odrywając je nożykiem z powierzchni i delikatnie ale stanowczo wyrywając je z wnętrza muszli. Moczymy je w bardzo zimnej wodzie do czasu gotowania. Jeżeli planujemy mule ugotować kolejnego dnia od zakupu, najlepiej przechowywać je w misce z lekko osoloną wodą w górnej części lodówki.

Aby sporządzić sos, pomidory sparzamy wrzątkiem i dokładnie obrane ze skóry, kroimy w kostkę. Masło i oliwę rozpuszczamy razem w dużym garnku, dodajemy posiekaną cebulę, dusimy ją na małym ogniu. Po kilku minutach dodajemy pomidory oraz posiekane zioła, liść laurowy kruszymy. Solimy, pieprzymy i dusimy sos do momentu aż pomidory będą miały konsystencję nieco gęstszej zupy pomidorowej.Następnie dodajemy wyciśnięty czosnek i wino. Na koniec dodajemy mąkę aby sos był bardziej gęsty.
Mule jeszcze raz płuczemy i wrzucamy na gorący sos do garnka, przykrywamy pokrywą. Po 5 min danie jest gotowe. Możemy wtedy jeszcze raz przemieszać małże w garnku, i na kolejną minutę przykryć pokrywą.

Mule klasycznie podaje się z frytkami i/lub bagietką.
Do muli po prowansalsku moim zdaniem najlepiej pasują frytki, sos pomidorowy się świetnie z nimi komponuje.
Mule jemy placami, używając muszli jako szczypiec, tak nakazuje nawet savior-vivre...wiec nie mamy się martwić, że to nie wypada.

Gdy jedliśmy tego wieczoru mule w Paryżu, pomiędzy naszymi nogami przeleciała mysz. Powiedzieliśmy o tym kelnerowi. On się tylko roześmiał - tu w Paryżu normalne, powiedział. Rok później gdy film Ratatuuuj wszedł do kin, czułam się dumna że tego wieczoru tamtą mysz na własne oczy widziałam.
Wczoraj ciocia Kasia była u nas na kolacji, przyjechała na Wielkanoc do Polski, gdy podałam jej mule, zaśmiała się:

"Nicola, a pamiętasz tą mysz w Paryżu?"

"Kasiu, nie dość że pamiętam to jutro mam zamiar napisać o niej całemu Światu."