poznałyśmy się 128 dni temu. podeszła i zapytała czy to ja, a ja nie spodziewałam się Jej spotkać. okazało się, że magia istnieje nie tylko w internecie. był piernik krojony łyżką w hotelowym pokoju, był Gdańsk nocą, kawa, słowa, których wciąż za mało. była też walizka i nadrukowana na bilecie godzina pociągu. i znów setki kilometrów za daleko. kiedy pewnego wieczoru rozmawiałyśmy o pieczeniu, w odległych o setki kilometrów kuchniach, w dwóch różnych piekarnikach i dwóch różnych ciepłych Domach - napisała o tureckich księżycach, które dawniej piekła Jej Babcia Paulina. moja Babcia też miała tak na imię! to był dobry znak. nie mogłam się doczekać. później słodkie myśli oblepiły Nasz wspólny poranek, zupełnie jak słodki lukier nasze pełne kakao ciastka z rumem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gość. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 17 lutego 2013
niedziela, 12 września 2010
wrześniowe: gość i truskawki
uciekam na chwilę od szarości i deszczu, odkładam na bok kubki wypełnione po brzegi gorącą herbatą i zapraszam do siebie wyjątkowego gościa. Kogoś, kto przyniesie odrobinę słońca, dużą porcję uśmiechów i na deser jeszcze truskawki. może opowie mi o swoich uroczych kotach, a może o nowym aparacie? mam nadzieję, że zostanie na dłużej. niezauważalnie, wirtualnie.
naleśniki z białym serem,
koktajlem truskawkowym i truskawkami
/przepis, zdjęcie i wykonanie od Klaudii
mleko, mąka, 2 jajka (jedno do sera), cukier, truskawki (lub inne owoce.. świeże, np. maliny czy banany, lub ze słoiczka.. wiśnie, jagody, morele? przyp.A.)
Przygotować ciasto na naleśniki, nie za rzadkie i nie za gęste. Najlepiej zrobić to według własnego sprawdzonego przepisu. Do ciasta można dodać odrobinę oleju, aby smażyć naleśniki na patelni bez tłuszczu. Zmiksować jedno jajko, dodać biały ser i zmiksować wszystko aby pozbyć się wielkich grudek sera. Dodać cukier do smaku. Koktajl: Zmiksować odpowiednią dla siebie ilość truskawek. Można posłodzić do smaku ale nie jest to konieczne. Wysmażyć naleśniki. Ja smażę blade naleśniki, następnie dodaję nadzienie, składam na trójkąciki i podsmażam jeszcze raz. Podawać gorące, oblane koktajlem truskawkowym. Smacznego! (:
naleśniki z białym serem,
koktajlem truskawkowym i truskawkami
/przepis, zdjęcie i wykonanie od Klaudii
mleko, mąka, 2 jajka (jedno do sera), cukier, truskawki (lub inne owoce.. świeże, np. maliny czy banany, lub ze słoiczka.. wiśnie, jagody, morele? przyp.A.)
Przygotować ciasto na naleśniki, nie za rzadkie i nie za gęste. Najlepiej zrobić to według własnego sprawdzonego przepisu. Do ciasta można dodać odrobinę oleju, aby smażyć naleśniki na patelni bez tłuszczu. Zmiksować jedno jajko, dodać biały ser i zmiksować wszystko aby pozbyć się wielkich grudek sera. Dodać cukier do smaku. Koktajl: Zmiksować odpowiednią dla siebie ilość truskawek. Można posłodzić do smaku ale nie jest to konieczne. Wysmażyć naleśniki. Ja smażę blade naleśniki, następnie dodaję nadzienie, składam na trójkąciki i podsmażam jeszcze raz. Podawać gorące, oblane koktajlem truskawkowym. Smacznego! (:
piątek, 9 kwietnia 2010
Paryska mysz i mule po prowansalsku
dzisiaj w mojej kuchni uroczy Gość.. wciąż nie mogę się nadziwić, że w tym wirtualnym świecie poznaję nie tylko te cudowne smaki, ale i osoby, które je tworzą. to "poznaję" powinnam umieścić w dużym cudzysłowie, bo Nicole, o której mowa, jest ode mnie setki kilometrów i nigdy jej nie widziałam. ale przecież codziennie zaglądam do Jej kuchni.. podglądam pyszne dania.. zupy, makaron, babeczki z mnóstwem pomarańczowego lukru. a dzisiaj ugoszczę Ją u siebie. sami zobaczcie co przygotowała..
Mój związek z Francją powstał już niejako w dniu moich urodzin, kiedy rodzice dali mi na imię Nicole. Urodziłam się w Wiedniu, gdzie w 1983 roku imię to było najbardziej prawdopodobnie popularne wśród wszystkich imion dziewczęcych. Rodzice chcieli abym jako córka emigrantów nie wyróżniała się z tłumu, myśleli że dając mi międzynarodowe imię zapewnią mi ochronę przed łamaniem języka "kasztanów". (Kasztani to w potocznym języku lat 80tych Austriacy). Paradoksalnie całe życie imieniem się wyróżniałam, ponieważ 6 lat później razem ze zmianą ustroju w Polsce, zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Od tego czasu czasu mieszkam w Warszawie, a imię swoje muszę zawsze literować. Nie wiem czy to za sprawą mojego imienia, a może tego że mam wiele wspaniałych wspomnień z wakacji spędzonych na południu Francji, ale kuchnię francuską uwielbiam ponad wszystkie. (z wyjątkiem kuchni polskiej oczywiście)
Cztery lata temu, moja ciocia Kasia z Toronto, namówiła mojego tatę żeby spotkał się z nią w Paryżu na największych targach tekstylnych w Europie, miała pomysł na wspólny interes. Natomiast ja i moja kuzynka Sonja miałyśmy inny pomysł, namówić naszych rodziców żeby nas zabrali ze sobą, że niby też bardzo się interesujemy rynkiem tekstyliów... jasne. Raczej interesowałyśmy się kolejnym spotkaniem w Paryżu i udało się. Mały family reunion miał miejsce na początku września. Septembre, to pierwszy miesiąc sezonu na Mule. Po czterech miesiącach bez litery "r" : mai, juin, julliet, aout, wreszcie co roku nadchodzi czas by poławiać najlepsze, niehodowlane małże z naturalnych połowów.
Nie dałam im spokoju i już pierwszego wieczoru poszliśmy do restauracji która specjalizuje się wyłącznie w Mules frites (małżach z frytkami) Leon de Bruxelles - jest takich restauracji w Paryżu kilka, mimo że jest to sieć, których nie jestem zwolenniczką, małże mają najlepsze. Dań mamy zaledwie kilka do wyboru, co z resztą moim zdaniem cechuje wiele wspaniałych restauracji, różnią się tylko sosami na jakich małże są gotowane. Zamówiłam Moules a la provencale - małże po prowansalsku, czyli w sosie pomidorowym.
Gdy Asia zaproponowała mi abym napisała gościnny wpis na jej blogu, ciężko było mi się zdecydować o czym napisać, od razu przyszły mi na myśl mule. Ale potem pomyślałam sobie... -Nie... zrobię coś prostszego-. Kombinowałam, rozmyślałam, aż wreszcie podjęłam niespodziewaną decyzję - przecież nie ma nic prostszego od muli i dzisiaj chce was o tym przekonać.
Mule po prowansalsku
przepis dla 2 osób
1kg muli (świeże mule w Polsce kupuje się w czwartek)
500g dojrzałych mięsistych pomidorów
1 średniej wielkości cebula
2 ząbki czosnku
50g masła
2 łyżki oliwy z oliwek
200 ml białego wina (wino do gotowania nie musi być rewelacyjnej jakości byle nie było wytrawne/półwytrawne)
2 liście laurowe
2 gałązki natki pietruszki
10 listków bazylii
sól, świeżo mielony pieprz
1 czubata łyżka mąki pszennej
O tym gdzie i jakie kupić mule pisałam już jakiś czas temu, z łatwością znajdziecie ten post na moim blogu. Podsumowując mule kupujemy w czwartek/piątek, kupujemy je świeże, bo mule w momencie dotarcia do naszej kuchni mają jeszcze być żywe. Podobnie jak raki. Tylko wtedy mają idealny smak.
Mule oczyszczamy z hydr i wodorostów,odrywając je nożykiem z powierzchni i delikatnie ale stanowczo wyrywając je z wnętrza muszli. Moczymy je w bardzo zimnej wodzie do czasu gotowania. Jeżeli planujemy mule ugotować kolejnego dnia od zakupu, najlepiej przechowywać je w misce z lekko osoloną wodą w górnej części lodówki.
Aby sporządzić sos, pomidory sparzamy wrzątkiem i dokładnie obrane ze skóry, kroimy w kostkę. Masło i oliwę rozpuszczamy razem w dużym garnku, dodajemy posiekaną cebulę, dusimy ją na małym ogniu. Po kilku minutach dodajemy pomidory oraz posiekane zioła, liść laurowy kruszymy. Solimy, pieprzymy i dusimy sos do momentu aż pomidory będą miały konsystencję nieco gęstszej zupy pomidorowej.Następnie dodajemy wyciśnięty czosnek i wino. Na koniec dodajemy mąkę aby sos był bardziej gęsty.
Mule jeszcze raz płuczemy i wrzucamy na gorący sos do garnka, przykrywamy pokrywą. Po 5 min danie jest gotowe. Możemy wtedy jeszcze raz przemieszać małże w garnku, i na kolejną minutę przykryć pokrywą.
Mule klasycznie podaje się z frytkami i/lub bagietką.
Do muli po prowansalsku moim zdaniem najlepiej pasują frytki, sos pomidorowy się świetnie z nimi komponuje.
Mule jemy placami, używając muszli jako szczypiec, tak nakazuje nawet savior-vivre...wiec nie mamy się martwić, że to nie wypada.
Gdy jedliśmy tego wieczoru mule w Paryżu, pomiędzy naszymi nogami przeleciała mysz. Powiedzieliśmy o tym kelnerowi. On się tylko roześmiał - tu w Paryżu normalne, powiedział. Rok później gdy film Ratatuuuj wszedł do kin, czułam się dumna że tego wieczoru tamtą mysz na własne oczy widziałam.
Wczoraj ciocia Kasia była u nas na kolacji, przyjechała na Wielkanoc do Polski, gdy podałam jej mule, zaśmiała się:
"Nicola, a pamiętasz tą mysz w Paryżu?"
"Kasiu, nie dość że pamiętam to jutro mam zamiar napisać o niej całemu Światu."
Mój związek z Francją powstał już niejako w dniu moich urodzin, kiedy rodzice dali mi na imię Nicole. Urodziłam się w Wiedniu, gdzie w 1983 roku imię to było najbardziej prawdopodobnie popularne wśród wszystkich imion dziewczęcych. Rodzice chcieli abym jako córka emigrantów nie wyróżniała się z tłumu, myśleli że dając mi międzynarodowe imię zapewnią mi ochronę przed łamaniem języka "kasztanów". (Kasztani to w potocznym języku lat 80tych Austriacy). Paradoksalnie całe życie imieniem się wyróżniałam, ponieważ 6 lat później razem ze zmianą ustroju w Polsce, zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Od tego czasu czasu mieszkam w Warszawie, a imię swoje muszę zawsze literować. Nie wiem czy to za sprawą mojego imienia, a może tego że mam wiele wspaniałych wspomnień z wakacji spędzonych na południu Francji, ale kuchnię francuską uwielbiam ponad wszystkie. (z wyjątkiem kuchni polskiej oczywiście)
Cztery lata temu, moja ciocia Kasia z Toronto, namówiła mojego tatę żeby spotkał się z nią w Paryżu na największych targach tekstylnych w Europie, miała pomysł na wspólny interes. Natomiast ja i moja kuzynka Sonja miałyśmy inny pomysł, namówić naszych rodziców żeby nas zabrali ze sobą, że niby też bardzo się interesujemy rynkiem tekstyliów... jasne. Raczej interesowałyśmy się kolejnym spotkaniem w Paryżu i udało się. Mały family reunion miał miejsce na początku września. Septembre, to pierwszy miesiąc sezonu na Mule. Po czterech miesiącach bez litery "r" : mai, juin, julliet, aout, wreszcie co roku nadchodzi czas by poławiać najlepsze, niehodowlane małże z naturalnych połowów.
Nie dałam im spokoju i już pierwszego wieczoru poszliśmy do restauracji która specjalizuje się wyłącznie w Mules frites (małżach z frytkami) Leon de Bruxelles - jest takich restauracji w Paryżu kilka, mimo że jest to sieć, których nie jestem zwolenniczką, małże mają najlepsze. Dań mamy zaledwie kilka do wyboru, co z resztą moim zdaniem cechuje wiele wspaniałych restauracji, różnią się tylko sosami na jakich małże są gotowane. Zamówiłam Moules a la provencale - małże po prowansalsku, czyli w sosie pomidorowym.
Gdy Asia zaproponowała mi abym napisała gościnny wpis na jej blogu, ciężko było mi się zdecydować o czym napisać, od razu przyszły mi na myśl mule. Ale potem pomyślałam sobie... -Nie... zrobię coś prostszego-. Kombinowałam, rozmyślałam, aż wreszcie podjęłam niespodziewaną decyzję - przecież nie ma nic prostszego od muli i dzisiaj chce was o tym przekonać.
Mule po prowansalsku
przepis dla 2 osób
1kg muli (świeże mule w Polsce kupuje się w czwartek)
500g dojrzałych mięsistych pomidorów
1 średniej wielkości cebula
2 ząbki czosnku
50g masła
2 łyżki oliwy z oliwek
200 ml białego wina (wino do gotowania nie musi być rewelacyjnej jakości byle nie było wytrawne/półwytrawne)
2 liście laurowe
2 gałązki natki pietruszki
10 listków bazylii
sól, świeżo mielony pieprz
1 czubata łyżka mąki pszennej
O tym gdzie i jakie kupić mule pisałam już jakiś czas temu, z łatwością znajdziecie ten post na moim blogu. Podsumowując mule kupujemy w czwartek/piątek, kupujemy je świeże, bo mule w momencie dotarcia do naszej kuchni mają jeszcze być żywe. Podobnie jak raki. Tylko wtedy mają idealny smak.
Mule oczyszczamy z hydr i wodorostów,odrywając je nożykiem z powierzchni i delikatnie ale stanowczo wyrywając je z wnętrza muszli. Moczymy je w bardzo zimnej wodzie do czasu gotowania. Jeżeli planujemy mule ugotować kolejnego dnia od zakupu, najlepiej przechowywać je w misce z lekko osoloną wodą w górnej części lodówki.
Aby sporządzić sos, pomidory sparzamy wrzątkiem i dokładnie obrane ze skóry, kroimy w kostkę. Masło i oliwę rozpuszczamy razem w dużym garnku, dodajemy posiekaną cebulę, dusimy ją na małym ogniu. Po kilku minutach dodajemy pomidory oraz posiekane zioła, liść laurowy kruszymy. Solimy, pieprzymy i dusimy sos do momentu aż pomidory będą miały konsystencję nieco gęstszej zupy pomidorowej.Następnie dodajemy wyciśnięty czosnek i wino. Na koniec dodajemy mąkę aby sos był bardziej gęsty.
Mule jeszcze raz płuczemy i wrzucamy na gorący sos do garnka, przykrywamy pokrywą. Po 5 min danie jest gotowe. Możemy wtedy jeszcze raz przemieszać małże w garnku, i na kolejną minutę przykryć pokrywą.
Mule klasycznie podaje się z frytkami i/lub bagietką.
Do muli po prowansalsku moim zdaniem najlepiej pasują frytki, sos pomidorowy się świetnie z nimi komponuje.
Mule jemy placami, używając muszli jako szczypiec, tak nakazuje nawet savior-vivre...wiec nie mamy się martwić, że to nie wypada.
Gdy jedliśmy tego wieczoru mule w Paryżu, pomiędzy naszymi nogami przeleciała mysz. Powiedzieliśmy o tym kelnerowi. On się tylko roześmiał - tu w Paryżu normalne, powiedział. Rok później gdy film Ratatuuuj wszedł do kin, czułam się dumna że tego wieczoru tamtą mysz na własne oczy widziałam.
Wczoraj ciocia Kasia była u nas na kolacji, przyjechała na Wielkanoc do Polski, gdy podałam jej mule, zaśmiała się:
"Nicola, a pamiętasz tą mysz w Paryżu?"
"Kasiu, nie dość że pamiętam to jutro mam zamiar napisać o niej całemu Światu."
Subskrybuj:
Posty (Atom)